
Jeszcze do niedawna zarzekałam się, że jej nie ruszę. Nigdy, przenigdy! Że demony z przeszłości, że mam z nią związane złe wspomnienia, że nudne i bez sensu, że dla młodzieży to nie dla mnie. Wymówka goniła wymówkę. No ale stało się. Za sprawą pewnego dobrego i kochającego słowo pisane równie mocno serca jak ja, pokaźny stos "Jeżycjady" autorstwa Małgorzaty Musierowicz zawitał na mojej półce. Początkowo przekładany z kąta w kąt. Wypierany z pamięci. Stał się jednak obiektem pewnego zakładu. Ano obiecałam, że do końca roku kalendarzowego przeczytam kilka tomów i dopiero wtedy będę mogła z czystym sumieniem skreślić serię z mojego literackiego kręgu zainteresowań. Że będę mogła na nią psioczyć, furczeć i jej nienawidzić. Ale mam przeczytać. No dobra. W imię mojej ulubionej zasady "nigdy nie mów nigdy", w chwili znużenia czymś cięższym, zupełnie od niechcenia, kilka dni temu stało się. "Małomówny i rodzina", bo o nim właśnie mowa, wpadł w moje ręce. Tom nawet nie pierwszy. Określany mianem zerowego. Ale chyba się mimo wszystko liczy? Mam taką nadzieję, gdyż zupełnie nieoczekiwanie skradł mi poniekąd serce (bo jak inaczej można określić fakt, że pożarłam go w jedną noc?).















