29 lipca 2016

"Utopce" Katarzyna Puzyńska

Kiedy swego czasu sięgałam po pierwszą książkę Katarzyny Puzyńskiej - przyznaję to z ręką na sercu - nie oczekiwałam wiele, w sumie niczego szczególnego. Do polskich autorów literatury czysto rozrywkowej podchodziłam zazwyczaj mocno sceptycznie. Jeśli mam być szczera - omijałam ją szerokim łukiem. Kiedy jednak w me ręce wpadł "Motylek" stwierdziłam, że się pomyliłam. Jako urodzona fanka kryminałów, dla których nie jedną noc zarwałam, musiałam przyznać sama przed sobą, że prócz Joanny Chmielewskiej, którą kocham miłością szczerą i dozgonną, znalazłam godną jej następczynię - Katarzynę Puzyńską właśnie. I jakże się ucieszyłam, że autorka ta jest tak płodna, że przede mną jeszcze kilka tomów sagi o policjantach z Lipowa! Tym sposobem, powoli i z czystą, wzmagającą się z każdym kolejnym tomem przyjemnością, poznawałam kolejne perypetie Daniela Podgórskiego i Klementyny Kopp.

28 lipca 2016

"Masa o kilerach polskiej mafii" Jarosław Sokołowski "Masa", Artur Górski

Nie wiem jakim cudem, po co i dlaczego sięgnęłam po ten tytuł. Chyba tylko i wyłącznie z czystej przekory. Może trochę z ciekawości, na pewno też po to, by po prostu dokończyć cały cykl książek (skoro już wcześniej miałam w ręku poprzednie cztery) wydanych przez jednego z najbardziej znanych polskich gangsterów - Jarosława Sokołowskiego, znanego szerzej jako Masa. Nie wiem czego szukałam, być może sensacji, może odkrywczej prawdy. Niczego z wyżej wymienionych nie znalazłam. Ale zacznijmy może od początku.

27 lipca 2016

"Dolores Claiborne" Stephen King

Wpadłam jak śliwka w kompot. Chyba w końcu pokochałam Króla z Maine. I jest to miłość szczera. Choć (jeszcze) nie dozgonna. I to wszystko zupełnie (tak, tak!) przypadkiem. Kilkudniowy wypad nad morze okazał się w tej kwestii przełomowy. Jako urodzony mól książkowy zapakowałam oczywiście odpowiedni zapas lektur na wakacje. Okazał się jednak, patrząc na tempo mojego czytania, niewystarczający. Musiałam dokupić książek, bo chyba umarłabym nie dość, że z nudy, to na pewno z tęsknoty za słowem pisanym. A jak to w nadbałtyckich miejscowościach bywa - o prawdziwe księgarnie trudno. Pełno za to targów tzw. "taniej książki", gdzie sporo, jak to nazywam "chłamu wydawniczego". Chociaż niekoniecznie. Wśród sterty niskich lotów czytadeł udało mi się wyszperać Stephena Kinga. I tym sposobem przeczytałam "Dolores Claiborne". Jak to w przypadku tego pisarza bywa (patrząc przez pryzmat tych jego powieści, z którymi miałam już sposobność się zapoznać) - przeczytałam ją na wdechu. A może wydechu. Na pewno jednym tchem.

12 lipca 2016

"Ostatni świadkowie. Utwory solowe na głos dziecięcy" Swietłana Aleksijewicz

Pamięć ma barwę...
Wszystko to, co było przed wojną, pamięta się w ruchu, mieniące się barwami. (...) A wojna (...), to wszystko jest jakieś zatrzymane. I kolory są szare.

Prawda. Jeśli przywołuję z pamięci filmy dokumentalne dotyczące drugiej wojny światowej, widzę je tylko i wyłącznie w kolorach szarości. Jeśli przypominam sobie opowieści mojego dziadka z okresu wojny, mój umysł odtwarza je również jako czarno-białe obrazy. A jak jest z książką Swietłany Aleksijewicz pt.: "Ostatni świadkowie. Utwory solowe na głos dziecięcy"?

10 lipca 2016

"Wielki marsz" Stephen King

Bolało (...), w najgorszy, szarpiący sposób, kiedy już wiadomo, że zaraz cię nie będzie, a wszechświat będzie toczył się i tak, niewzruszony."

Zawsze lubiłam chodzić pod prąd. Nigdy nie kryłam się z tym, że nie przepadam za twórczością Stephena Kinga. Uznawałam, że to, co czytują wszyscy, niekoniecznie jest dobrą lekturą dla mnie. Coraz częściej łapię się na tym, że zmieniam w tej kwestii zdanie. Kiedyś w przypadku tego nazwiska mówiłam: nigdy więcej. Teraz przeczesuję jego twórczość i wyłapuję co ciekawsze kąski, niekoniecznie te, spod znaku horroru. Wydany pod pseudonimem Richarda Bachmana "Wielki marsz" jest tego najlepszym przykładem.

7 lipca 2016

"Zagubiony autobus" John Steinbeck

John Steinbeck - przyznaję to otwarcie - to jeden z moich ulubionych pisarzy. Przeczytałam do tej pory aż (lub w zależności jak popatrzeć - zaledwie) sześć z jego książek. Ani jedna z nich mnie nie zawiodła. Cztery z nich (między innymi "Grona gniewu", "Na wschód od Edenu" czy "Myszy i ludzie") szczególnie zapadły mi w pamięć i serce. Nawet po wielu miesiącach od ich lektury jestem w stanie odtworzyć fabułę i żywo, niemal z wypiekami na twarzy, o niej dyskutować. Lepszej rekomendacji dla książek i ich autora być więc chyba nie może. Z "Zagubionym autobusem" nie jest inaczej. Przyznam szczerze, że ten tytuł wpisuję właśnie w poczet moich ulubionych, tych najlepszych z najlepszych książek Amerykanina. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że być może, z upływem czasu, ten tytuł uplasuje się na miejscu drugim, tuż za moimi ukochanym "Gronami gniewu".

6 lipca 2016

"Artur Rojek. Inaczej" Aleksandra Klich, Artur Rojek

Po co ten stres, myślisz, że nie masz nic
Każdy ma - nawet Ty
Czasem trzeba to po prostu znaleźć
Miłość, noc i deszcz, życie też
Dla tego warto starać się
Powiedz, czy naprawdę nic nie jesteś wart
Znajdź to w sobie, tak
Nie poddaj się, bierz życie jakim jest
I pomyśl, że na drugie nie masz szans

Był czerwiec, czwarta nad ranem. Miałam osiemnaście lat, zdaną maturę, głowę pełną młodzieńczych pomysłów oraz widmo ważnego egzaminu przed sobą. Serce waliło mi ze stresu dorównując mocą młotowi pneumatycznemu. Terkot silnika podstarzałego Fiata 126 p., którego prowadziłam, wtórował mu ochoczo. Jednym okiem pilnując drogi, drugim podziwiając kładące się po zamglonych łąkach promienie wschodzącego słońca, nie spodziewając się niczego wielkiego, z nadzieją jednak, że muzyka przegoni moje czarne myśli związane z egzaminem na który jechałam, włączyłam radio. RMF FM a może lokalne radio OPOLE. Nie pamiętam. Zapamiętałam jednak TEN głos i TE liryczne dźwięki. Pierwszy takt a później kolejny... jednym, zdecydowanym pociągnięciem muzycznego pędzla zagłuszyły i oddaliły ode mnie wszystko: kwaśny posmak stresu w ustach i ostrość, tak charakterystycznego dla poczciwego "malucha", zapachu benzyny. Tak, muszę to przyznać niezbicie - "Acidland", pierwsza piosenka Myslovitz, którą usłyszałam (a jeśli nie, to na pewno taka, której świadomie przesłuchałam) mną wstrząsnęła. Najsmutniejsze tony, jakie kiedykolwiek słyszałam. Tekst, najbardziej optymistyczny z możliwych. I choć już osiemnastu lat nie mam, a w rzece mego życia upłynęło sporo wody, nazwisko Artura Rojka nadal działa na mnie specyficznie. Wywołuje w mym sercu pewnego rodzaju żarliwość i tkliwość. Niedziwnym więc jest fakt, że po jego autobiografię sięgnęłam w ciemno, trochę z sentymentu, trochę z zainteresowaniem a na pewno ze sporą dozą oczekiwań.

5 lipca 2016

"Walc pożegnalny" Milan Kundera

Posiadanie dziecka oznacza pełnię aprobaty dla człowieka. Gdybym miał dziecko, byłoby to tak, jakbym twierdził: "Urodziłem się, zakosztowałem życia i uznałem, że jest na tyle dobre, iż zasługuje, by je reprodukować".

To prawie tak, jak z książkami Milana Kundery: są na tyle dobre, że zasługują na to, by je reprodukować. Drukować, tłumaczyć, czytać. Akurat tego - co doskonale widać przyglądając się moim ostatnim czytelniczym wyborom - jestem pewna. Ten czesko-francuski pisarz gości pod moim dachem nader często. I równie często odurza na tyle, że polecałam go dalej. Z "Walcem pożegnalnym" nie jest inaczej. I choć nie zaliczę niniejszego tytułu do grona moich ulubionych, to jest to lektura na tyle fascynująca, że warto po nią sięgać.

3 lipca 2016

"Katedra w Barcelonie" Ildefonso Falcones

Żeby nie było, że nie trafiam na złe książki. Niestety, trafiam. Najczęściej są to tytuły, o których słyszy się same superlatywy typu: "koniecznie trzeba przeczytać!", "bardzo wciągające!", "rewelacja!". W tego typu reklamie zabraknąć nie może oczywiście określenia "bestseller". Coraz bardziej boję się tego typu rekomendacji. Dlaczego? Cóż, coraz częściej, takie właśnie hołubienie niektórych książek, przynajmniej w moim przypadku, bywa mierną ich rekomendacją. Owszem - jestem ich ciekawa i często, (nazbyt wręcz) gęsto po nie sięgam. Równie często niestety bywam nimi mocno rozczarowana. Co gorsza, takie rozgoryczenie kiepską lekturą ciągnie się za mną tygodniami i zapewnia niezłego czytelniczego kaca. Tak jest z "Katedrą w Barcelonie" autorstwa Ildefonso Falconesa właśnie.

2 lipca 2016

"Życie na pełnej petardzie" ks. Jan Kaczkowski, Piotr Żyłka

"Szału nie ma, jest rak", krótki wywiad ze śp. ks. Janem Kaczkowskim zrobił na mnie swego czasu niesamowite wrażenie (pisałam o tej książce TU). Książka na tyle mocno na mnie wpłynęła, że niemal bez wahania sięgnęłam po kolejne tytuły, jakie wyszły spod ręki księdza. Byłam ich niezmiernie ciekawa. Pierwsza z nich: "Życie na pełnej petardzie" - to obiektywnie rzecz ujmując - powielenie pierwszego, wspomnianego przeze mnie tytułu. Na szczęście (uf!, przecież nie ma nic gorszego od czytania kopii czegoś, co już wcześniej miało się w ręku), jest też jego niezwykłym uzupełnieniem. Dlatego też myślę, że warto poń sięgnąć.

1 lipca 2016

"Cmętarz zwieżąt" Stephen King

Żadna ze mnie fanka horrorów. Przesadną miłością do Stephena Kinga nie pałam. Zdarzają się jednak sytuacje, w których przyjaciele obdarowują mnie książkami "nie w moim guście i stylu" albo/i spod pióra autora z Maine. Tak się składa, że "Cmętarz zwiężąt" jest właściwie jednym i drugim - na swój sposób więc "nietrafiony". Ale takie "chybione" prezenty są właśnie najlepsze. Kiedy po nie sięgam, pełna sceptycyzmu, kręcąc nosem, wzdychając i prychając, kiedy zanurzam się w kolejnych stronach by w miarę upływu czasu nie móc się od nich oderwać, wtedy wiem, że... przyjaciele wiedzą lepiej. Wiedzą co dobre, wiedzą jak i czym mnie zaskoczyć. I jak zmusić do dyskusji. A także do zmiany zdania. Bo tylko krowa ponoć go nie zmienia.